-Trafiłem do raju?- wykrzyknął Marius Koronthir w przestrzeń kosmiczą. Odpowiedziała mu tylko ta sama martwa cisza której słuchał od samego początku końca sego ostatniego z żyć.
-Czy to jest piekło?
-....
Czy spotkam wreszcie Boga? Zastanowił się w myślach Marius ale nie wykrzyknął tego, szczerze mówiąc nie miał pojęcia czy tutaj robi to jaką kolwiek różnicę. Naszła go przemożna ochota podejść do drzewa i ogrzać się jego korą, tak, teraz poraz pierwszy od tak dawna poczół chłód. Jednak zanim to zrobił dopadła go przezabawna jak na takie okoliczności myśł że w ten sposób ubrudziłby sutanne i zdał sobie sprawę że jest ubrany w płucienne, delikatne kimono a jego głowa jest łysa. Co jak co, ale to już był szok! Cóż... nie wszystko da się wyjaśnić..... zaczął się już zastanawiać czy to miejsce jest jakimś stanem przejściowym, czy kolejnym czyśćcem kiedy nagle zobaczył że, obok jego wyspy właśnie przelatuje stado wielorybów. Około 200 płetwali błękitnych o odblaskowych, jakby wykonanych z rtęci brzuchach wykonywało podniebne akrbacje frunąc w zwartej grupie w sobie znanym jedynie kierunku. W odbiciu jednego z waleni Ksiądz zobaczył coś po czym podbiegł do samej krawędzi wyspy i spojrzał na drzewo. Ku jemu przerazeniu gałęzie przerośniętego drzewka banzai układaly się w słowo "tułacz" i w tym momencie Mariusa zaczeło piec czoło, wiedział że, właśnie w tym momencie wypala się na nim słowo "Tułacz" a wyspa zapada się.
-Czy to koniec? Czy to koniec już?!- wykrzyknął w myślach wampir z nutką nadziej.
I właśnie w tym momencie wszystko pociemniało a Kapłan doznał olśnienia.
-Nie, to nie koniec, to nigdy nie jest koniec, ja jestem tułaczem, wiecznym pielgrzymem któremu z jakiś względów nie wolno spocząć, jestem zmęczony, taki zmęczony..... a droga wciąż daleka... utonołem w mleku? nie... to są przecież moje buty....
Stwierdził otwierając oczy. Wnętrze kościoła stanowiło swoistą wariację na temat XX-sto wiecznego futuryzmu. Ogromne drzazgi stanowiące pozostałości po ławkach kościelnych stanowiły teraz dynamiczne kompoycje... nawet ciekawe a okna, okien poprostu nie było. Marius wstał i syknął z bólu. zrozumiał właśnie że w skutek wybuch został dość dotkliwie poparzony a leczniczy sen zamaskował dopiero niewielki procent obrażeń. Nie było jednak zbyt wielkim zaskoczeniem dla Mariusa gdy na posadzce posród zmasakrowanych symboli kultu religijnego znalazł dziwnie wyglądający proch i postrzę
zebrał niezbędne rzeczy, zawinął berło w szmaty i wsadził za pazuchę i udał się na zewnątrz, wyszedł przez kościelną bramę i energicznym ruchem odchylił wieko studzienki kanałowej. Zarzucił szmaciany tobołek z dobytkiem na plecy i zwinnym susem wślizgnął sie do środka i zamknął za sobą wieko. rozpoczynając podziemną wędrówkę (tułaczkę?) posługiwał się zmysłem orientacyjnym, chciał poprostu dotrzeć do centrum a w doborze tras kierował się najzwyczajniej w świecie zapachem.
-Pokuta? Za co? Jakim prawem (jakim cudem?) wciąż tu jestem, czy naprawde widziałem drogę do Wielkiego Królestwa? "Tułacz" taki widać zapisano mi los, Być może mój "Przełożony" uznał że mam misję której nie zdąrzyłem zrealizować przez ostatnie dwa życia i dał mi trzecie? do trzech razy sztuka. Nie wiem czemu przetrwałem wybuch którego nie miałem prawa przetrwać, nie wiem czemu to właśnie taki prowincjał jak ja został rzucony w odmęty wampiryzmu i skazany na auto-potę









--
I will win but never fight - that's the Art of War
PS: fajnie że ktoś z zewnątrz okazuje zainteresowanie
--
Like in white rabit's hole...
Tak czy tak - foch!
--
I will win but never fight - that's the Art of War
--
Like in white rabit's hole...
--
I will win but never fight - that's the Art of War
devo dire che la tua galleria mi piace parecchio e anche tu non sembri niente male..
--
Like in white rabit's hole...
--
My Website : Pascale Marry
Forgive my broken English .
Previous Page123Next Page